Koncert krokodylich łez
Od prawie dwóch tygodni nie czytam i nie oglądam żadnych wiadomości na temat śmierci Michaela Jacksona. Celowo, bo drażni mnie kręcąca się właśnie machina pt. „Jak jeszcze mogę zarobić na śmierci króla popu?!” Ale właśnie skończyłam oglądać na CNN koncert pożegnalny – Michael Jackson. The Memorial – i dosłownie dwa słowa komentarza z mojej strony na ten temat. Nie chodzi mi tu o różnice kulturowe albo moje osobiste podejście do tematu życia i śmierci. To nie ma znaczenia. Znaczenie ma natomiast fakt, że cały ten koncert podszyty był dla mnie swego rodzaju sztucznością.
Bo – mimo najszczerszych chęci – trudno uwierzyć mi w prawdziwość uczuć Ushera, który śpiewa, opierając się o trumnę Jacksona, a na koniec teatralnym gestem zrywa okulary słoneczne. Albo w prawdziwość uczuć Marlona Jacksona, którego do tej pory nie znał nikt, a teraz zapamiętają wszyscy, bo zaczął i zakończył swoje wystąpienie spazmatycznym płaczem. I wreszcie trudno mi uwierzyć w prawdziwość uczuć pozostałych braci Jacksona, kiedy widzę, jak nagle nerwowo zaczynają się tłoczyć za plecami śpiewającej dziewczyny – tylko po to, żeby „złapała” ich kamera.
Zarówno dzisiejszy koncert, jak i wszystko to, co działo się do tej pory (pierwsze okładki gazet, wystawki w księgarniach i sklepach muzycznych czy wreszcie linki sponsorowane w Google’u pt.: „Sprawdź koniecznie, kto przejmie opiekę nad dziećmi Jacksona”), przypominają mi zajęcia z podstaw marketingu. A dokładnie z przedłużania cyklu życia produktu. Bo, oczywiście, z marketingowego punktu widzenia Michael Jackson był produktem. Fantastycznym produktem, nawiasem mówiąc, zwłaszcza w swoim najlepszym okresie.
Ale przede wszystkim Michael Jackson był człowiekiem. I dobrze byłoby o tym pamiętać. Chociaż przez chwilę, w dniu jego pogrzebu.
A jutro? Jutro już można liczyć przychody z tantiem…
Zdjęcie Michaela Jacksona pochodzi z serwisu: musicwallpapers.net