Facerape – czyli o tym, że wszystko da się wykorzystać reklamowo
Trafiłam ostatnio na nieznane mi wcześniej pojęcie (i zjawisko), tzn. facerape albo w skrócie – frape. Abstrahując od nazwy (która nie podoba mi się zupełnie, bo trywializuje gwałt), facerape ma być w założeniu żartem (zależy, co kogo śmieszy). Polega mianowicie na tym, że wchodzimy na czyjeś konto na Facebooku (niekoniecznie chodzi o włamanie – raczej dzieje się to wtedy, gdy ktoś się nie wylogował z FB, a wyszedł np. z pokoju) i publikujemy następnie na jego profilu jakieś kompromitujące rzeczy (najczęściej związane z seksem, orientacją seksualną etc.). Niestety, nie udało mi się znaleźć żadnych statystyk, jak bardzo jest to powszechne obecnie zjawisko. Śmiem jednak twierdzić, że częściej pewnie się zdarza w USA i Europie Zachodniej (jakoś UK mi tu szczególnie pasuje, zważywszy na specyficzny angielski humor i obnażanie się Brytyjczyków np. na Rynku w Krakowie) niż w Polsce. Nie o popularności tego zjawiska chciałam jednak pisać, ale o kampanii, która mi się przy okazji przypomniała.
Otóż Oral-B przygotował w ubiegłym roku aplikację, która przed frapem miała chronić. Co prawda sama akcja była nieco naciągana, bo Oral-B najpierw sam udostępnił aplikację (Facetooth) umożliwiającą frape (tu akurat chodziło o zamalowywanie zębów na zdjęciach znajomych), ale sam koncept, komunikacja cech produktu i wpisanie się w trend – ciekawe.
Poniżej case – niestety, po portugalsku – nie udało mi się znaleźć wersji angielskiej – ale raczej wiadomo, o co w nim chodzi.
[vimeo]http://vimeo.com/22822665[/vimeo]
Agencja: M&J, Brazylia