Czy wirus ma jakieś granice, czyli Cult Cola i strzał w głowę
Nie macie wrażenia, że wszystkie wirusy są ostatnio takie same? Że albo są obrzydliwe (jak RayBan i krowa, która urodziła człowieka), totalnie dziwaczne, absurdalne i najzwyczajniej w świecie straszne (jak seria wirusów Diesel’a)? Bo ja właśnie mam takie poczucie. I co oglądam jakiegoś wirusa, to odnoszę wrażenie, że widzę nie reklamę, a kolejny odcinek Dirty Sancheza albo Jackassa. Powtarzam się, ale za każdym razem przekraczane są kolejne granice. Ostatnio mój mąż podesłał mi właśnie takiego wirusa. Chodzi o Cult Colę, choć można też pomyśleć, że film promuje (rosyjski? ukraiński?) talent show. Zanim obejrzycie film (poniżej), dodam tylko, że hasło Cult Coli brzmi: World’s strongest cola – podobno zawiera 50% więcej kofeiny niż Pepsi i Coca-Cola. Rozumiem zatem, że jest tak mocna, że po jej wypiciu urywa człowiekowi głowę. Innego uzasadnienia dla tego filmu nie widzę.
Cult Cola Headshot:
Więcej reklam Cult Coli na Facebooku. Taaa… wychodzi na to, że znów nie jestem targetem. Jaka szkoda.