FreeTibet: popieram, ale…
W polskiej blogosferze trwa obecnie akcja protestacyjna (www.freetibet.pl) przeciw łamaniu praw człowieka w Tybecie. Popieram tę akcję w 100%, bo walka o wolność jest mi szczególnie bliska. Także z powodów osobistych – 20 lat temu o Wolną Polskę walczył mój tato. I choć nie jestem malkontentem ani kontestatorem rzeczywistości, to jednak patrząc na tę akcję, zastanawiam się, czy nie zaczyna ona podążać w niewłaściwym kierunku.
Nie ma co ukrywać, akcje społeczne są świetnym materiałem na kampanię. Przede wszystkim dlatego, że o kampaniach społecznych zawsze jest głośno; te najlepsze zdobywają masę nagród. W związku z tym istnieje nie tylko ryzyko, ale i ogromna pokusa, aby promować akcję… dla samej akcji.
Przykładem może być tu chociażby (notabene fantastyczna) kampania społeczna „Wolność słowa na Białorusi”. Wiemy, że agencja Saatchi&Saatchi „zgarnęła” za nią wiele prestiżowych nagród. Ale czy tak samo dobrze wiemy, jakie (i czy w ogóle) prowadzone są obecnie działania, żeby sytuację na Białorusi w tym zakresie zmienić?
Mówiąc dziś o kampanii „Wolność słowa na Białorusi” nie mówimy o problemie, ale o samej kampanii. Że innowacyjna, że fajna, że jedynki GW i Rzepy nigdy wcześniej (ani później) tak nie wyglądały. A przecież nie o to chodzi! Reklamowa kampania społeczna ma być narzędziem, nie celem.
Akcja „Fair Play. Free Tibet” funkcjonuje zaledwie od kilku dni i działania jej autorów są na pewno szczytne. Co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Mimo tego czuję jednak, że akcja – już teraz – zaczyna skręcać w niewłaściwym kierunku. W kierunku promowania nie idei, ale samej akcji. Być może się mylę, ale mój niepokój wzbudziły dwa fragmenty, które znalazłam na akcyjnej stronie.
Po pierwsze uderzyło mnie zdanie:
„Możecie tworzyć własne bannerki i wykorzystywać je jak chcecie, pod warunkiem, że linkujecie do strony akcji.”
Dlaczego banery mają linkować do strony akcji? Czy jej podstawowym założeniem nie jest to, aby „Tybet był na ustach wszystkich”. A jeśli tak – to jakie znaczenie ma fakt, gdzie linkują banery?
Po drugie:
„Mamy 50 stałych subskrybentów kanału RSS. Na początek nieźle, ale żeby podbić wynik musicie się przyłączyć :)”
No więc o co tutaj chodzi? O nagłaśnianie akcji, czy o podbijanie statystyk?
Popieram akcję „Fair Play. Free Tibet”. Ale takie podejście mi się nie podoba. Bardziej skłaniam się ku temu, o czym pisze w tej sprawie na swoim blogu Dominik Kaznowski – ku temu, aby podjąć konkretne działanie.
Z dzieciństwa pamiętam, jak moi rodzice codziennie o godz. 19.30 gasili wszystkie światła. Manifestowali tym, jak wielu innych, że nie oglądają propagandowego Dziennika. Czy będzie stać nas na taką akcję latem? Czy raczej skończy się na tym, że teraz zawiesimy na stronach bannery, do klap przypniemy pomarańczowe wstążki, a w sierpniu najzwyczajniej w świecie zasiądziemy przed telewizorem, żeby oglądać nie tylko otwarcie, ale i zakończenie, i polską reprezentację, i innych sportowców świata?
PS Akcja protestacyjna przeciw łamaniu praw człowieka przez Chiny trwa nie tylko w polskiej blogosferze. Poniżej zamieszczam przykłady, jak swój protest wyrażają marketerzy, agencje reklamowe, organizacje społeczne i freelancerzy. A na stronie Osocio.org (blog poświęcony kampaniom społecznym) każdy może zgłosić własną wersję logotypu olimpiady w Pekinie (wystarczy kliknąć tu).
Agencja: MUW Saatchi&Saatchi, Słowacja
Via: Osocio, Ads of the World, I Believe in Advertising







