Marketing szeptany to przede wszystkim zwykli ludzie
Okres wakacyjny w sekcji Wywiady dobiegł końca. Dziś moim gościem jest Matylda Szymalska – prezes agencji Streetcom. Ze Streetcomem chciałam porozmawiać już dawno, tym bardziej, że to jedyna agencja w Polsce – i jedna z niewielu na świecie, która specjalizuje się w tzw. marketingu szeptanym offline. Sam Streetcom nazywa tę formę komunikacji marketingiem rekomendacji lub product seedingiem – generalnie chodzi w niej o to, że konsument otrzymuje produkt do ręki po to, żeby mógł go przetestować i ewentualnie podzielić się opinią na jego temat ze swoimi znajomymi. Matylda opowiada o tym, jak dokładnie prowadzone są takie kampanie, jak mierzy się ich efektywność i jak ten sposób komunikacji ma się do komunikacji online. Gorąco polecam.
Natalia Hatalska: Wystartowaliście w 2004 roku jako pierwsza agencja marketingu szeptanego. Jak od tego czasu zmienił się ten rynek?
Matylda Szymalska*: Diametralnie. Rynek rozwijał się bardzo dynamicznie, choć nie zawsze w dobrym kierunku. W ciągu tych 6 lat pojawiło się sporo małych agencji, zajmujących się tzw. e-PR-em. Te agencje zrobiły nam krecią robotę, ponieważ specjalizowały się w generowaniu sztucznych dyskusji na forach poprzez opłacone wpisy. Marketerzy zaczęli więc kojarzyć marketing szeptany z tego typu działaniami, co źle wpłynęło na wizerunek całej branży.
Abstrahując jednak od kwestii etycznych, bo do tego jeszcze wrócimy, to nie da się ukryć, że gdy człowiek myśli „marketing szeptany”, to jednocześnie myśli „internet”.
I my właśnie staramy się pokazać, że nie tylko. W rzeczywistości bowiem 90% komunikacji, którą prowadzimy na temat produktów czy usług wciąż odbywa się offline, nie online.
W związku z tym w swoich kampaniach dajecie konsumentowi do ręki produkt – albo pełnowartościowy, albo próbkę…
To zależy od tego, jakie produkt ma możliwości. Sytuacja idealna to pełnowartościowy produkt dla eksperta oraz próbki dla jego przyjaciół.
Z tego co pamiętam zaczynaliście od grupy 200 trendsetterów. Teraz macie w swojej bazie 130 tysięcy osób.
Faktycznie, na początku stawialiśmy na tzw. trendsetting. Grupa wylansowanych, mówiąc kolokwialnie, osób, testowała modne produkty. Jednak takie podejście jest zbyt niszowe, zawęża grupę celową głównie do młodzieży i do określonej grupy produktów. A nie o to chodzi. Najważniejszym warunkiem szczerych i wiarygodnych rekomendacji jest wybranie do kampanii odpowiednich osób – faktycznych użytkowników, specjalistów w danej dziedzinie. Marketing szeptany więc to nie tylko trendsetterzy, ale przede wszystkim zwykli ludzie, którzy w swoim naturalnym środowisku rozmawiają o produktach, których używają. Każdy z nas, konsumentów, ma swoje produkty, o których chce i lubi rozmawiać. Jako Streetcom stwarzamy więc ludziom możliwość rozmawiania, dając im produkt do przetestowania i prosząc o opinię na jego temat.
A konsumenci, do których docieracie z kampanią, są na tyle karni, że wypełniają wszystkie kwestionariusze i raporty, które im podrzucacie. Bo rozumiem, że po kampanii albo w jej trakcie – każda z osób dostaje kwestionariusz do uzupełnienia?
Kampania składa się z kilku etapów. Za jej start uważamy moment wysyłki paczek do ekspertów. W paczce oprócz produktu znajdują się też materiały informacyjne
i próbki do rozdania znajomym. Od momentu otrzymania paczki jest już możliwość raportowania. Przy czym raportowanie, czyli tzw. część badawcza kampanii składa się z dwóch etapów. Po pierwsze mówimy ekspertom: „Zaraportuj każdą rozmowę, jaką odbyłeś ze swoimi znajomymi na temat tego produktu.” I zdecydowana większość ekspertów na bieżąco opisuje wydarzenia związane z testowaniem i opinie znajomych.
Jaki jest odsetek osób, które nie raportują?
Aktualnie około 10%. Przez ostatni rok bardzo wzrósł nam response. W 2008 roku wskaźnik ten wynosił ok. 80%, w 2009 85%, a w tym kształtuje się na poziomie 92%.
Rozumiem, że podejmujecie działania, które sprawiają, że response rate stale rośnie?
Tak, podejmujemy szereg działań. Po pierwsze robimy różnego rodzaju konkursy, regularnie komunikujemy się z ekspertami, motywujemy ich. W trakcie trwania kampanii, uczestnicy dostają mailingi i sms-y przypominające o raportowaniu i o tym, że raportowanie to bardzo ważny element bycia ekspertem. Nie ukrywam, że wykorzystujemy do motywacji także podstawowe zasady psychologii i zachowań ludzkich. Bazujemy na poczuciu wyjątkowości i wyróżnienia, podkreślając – jesteś bardzo ważny, producent i my prosimy cię o opinię na temat tego produktu. Ekspert z jednej strony czuje się zobligowany, żeby tę opinię rzeczywiście wyrazić, ale z drugiej robi to chętnie, bo ma świadomość, że jego opinia naprawdę ma znaczenie.
Na czym polega raportowanie w trakcie kampanii?
To są bieżące raporty z rozmów, czyli bardzo krótkie ankiety, w których musisz podać, z iloma osobami rozmawiałaś, jaka była opinia znajomych na temat produktu. Jest również pytanie otwarte, w którym można szczegółowo opisać jaki był kontekst rozmowy, miejsce spotkania.
A w jaki sposób weryfikujecie, czy te dane, które eksperci wpisują, są prawdziwe?
Przede wszystkim dzięki badaniom prowadzonym przez zewnętrzne instytuty badawcze. Po kampanii, SMG/KRC, z którym współpracujemy, dzwoni do wybranej grupy osób – znajomych ekspertów – i sprawdza, czy faktycznie ktoś z nimi rozmawiał o produkcie. Oczywiście nie wszystko jesteśmy w stanie sprawdzić, ale wyniki przeprowadzonych kampanii, potwierdzają liczby podawane w raportach. Z naszego doświadczenia wynika zresztą, że jeśli ktoś już raportuje, to pisze prawdę.
Wspomniałaś, że raportowanie składa się z dwóch etapów.
Tak, raporty w trakcie kampanii to pierwszy etap raportowania. Pod koniec kampanii udostępniana jest druga ankieta tzw. badanie podsumowujące. Pytamy w niej szczegółowo o opinię eksperta – jak oceniasz samą kampanię, produkt, co ci się podobało, co ci się nie podobało, czy dokonałeś zakupu produktu w trakcie trwania kampanii i czy zamierzasz w przyszłości kupować produkt. Pytania w ankiecie uzgadniane są z klientem, czyli np. klient może zapytać, co ekspert sądzi na temat opakowania, ceny, smaku, co chciałaby zmienić w produkcie.
A produkty, które wysyłacie do testów – czy to są produkty, które już są na rynku, czy takie, które dopiero wchodzą?
Bardzo różnie. Może to być produkt zupełnie nowy, ale też produkt po relaunchu lub taki, z którym producent ma problem i chce zmienić postrzeganie marki. Zdarzały nam się takie sytuacje, że przez jakiś stereotyp konsumenci mieli negatywne zdanie o produkcie, chociaż nigdy nie mieli z nim kontaktu. Naszym zadaniem było przekazanie ekspertom produktu, żeby mogli zweryfikować swoją opinię i przekonać się, że ich myślenie było błędne. Że jest to po prostu obiegowa opinia, nie mająca odzwierciedlenia w rzeczywistości.
Do ilu osób wysyłany jest taki produkt, średnio?
Średnia wielkość kampanii to 3 000 osób. Oczywiście, można robić też mniejsze kampanie, np. na 1000 osób, ale wówczas to są kampanie lokalne, obejmujące najczęściej tylko jedno miasto. Największa kampania, jaką robiliśmy, to było 12 000 osób, najmniejsza to ok. 500. Ale kampanie takiej wielkości są sporadyczne i dla specyficznych produktów.
Jakie branże przede wszystkim korzystają z waszych usług?
Bezspornie branża FMCG – to 85% naszych klientów. Są to przede wszystkim kosmetyki, produkty dla dzieci, przy czym w takich kampaniach ekspertami są oczywiście matki. Matki są zresztą bardzo, bardzo ważnymi ekspertkami. Matki są zresztą bardzo, bardzo ważnymi ekspertkami, co ma swoje plusy i minusy. Z jednej strony matki jako ekspertki są bardzo aktywne i zaangażowane, ale mają za to mniejszą grupę znajomych. W tym targecie, nie generalnie, oczywiście. Bo wyobraźmy sobie, że mamy kampanię skierowaną do matek z dziećmi w wieku 0-12 miesięcy…
Jeszcze tylko na moment ci przerwę. Czy wy macie takie osoby już w bazie, czy do każdej kampanii rekrutujecie nową grupę osób?
Najczęściej mamy te osoby w bazie. Każdy, kto rejestruje się na naszej stronie, wypełnia ankietę, podając swoje dane demograficzne, socjologiczne, pisząc jakich produktów używa i co go interesuje. Dzięki temu mamy dość dużą wiedzę o nim już na wejściu. Ale zdarza się, że otrzymujemy bardzo precyzyjny brief od klienta, gdzie kryteria są bardzo wąskie. Wtedy zawieszamy w systemie dodatkowe ankiety po to, aby wyłonić odpowiednie osoby. Oczywiście zdarzały się sytuacje, kiedy rzeczywiście musieliśmy pozyskać nowe osoby. Jednak przy tej wielkości bazy, ponad 130 000 ekspertów, najczęściej nie ma takiej potrzeby, mieścimy się w ramach własnej grupy. Tyle tylko, wracając do matek z dziećmi, że w briefie może być założenie, żeby ekspertki miały koleżanki, które też są matkami z dziećmi np. w wieku 0-12. I to jest tzw. wąskie gardło. Bo ile można mieć koleżanek, które mają dziecko w wieku 0-12 miesięcy? Kilka, nie więcej. I wówczas zasięg kampanii jest nieco mniejszy, choć rekompensuje to zaangażowanie samych ekspertek i fakt, że są to bardzo wartościowe kontakty.
Powiedziałaś, że 85% waszych klientów to jest FMCG. A pozostałe 15%?
Usługi, rozrywka, media.
Branża odzieżowa?
Rzadziej. Głównie FMCG, w tym też żywność, która na taki sposób komunikacji pozwala.
Batoniki…
Na przykład. Aczkolwiek wchodzimy teraz w nowe segmenty – premium i AGD, co z kolei wymaga od nas trochę zmiany podejścia, bo w tych kategoriach nie każdy produkt pozwala na to, żeby go wysłać w ilości 3 tysięcy.
Pralki?
Tak, ale też np. ekspresy do kawy, żelazka.
I jak rozwiązujecie ten problem?
Konstruujemy mechanizmy, które pozwalają nam na to, żeby zainteresować konsumenta produktem. Tworzymy materiały informacyjne na temat danego produktu albo dajemy możliwość przetestowania nie wszystkim na raz, czyli produkt jest produktem przechodnim. Jedna osoba testuje go przez określony czas, następnie przechodzi on do drugiej osoby. Na koniec jest jeszcze mechanizm konkursowy, w ramach którego wybrana grupa osób może ten produkt zatrzymać.
Interesuje mnie też kwestia dobierania trendsetterów. Pozyskujecie ich na podstawie ankiet i danych deklaratywnych…
My nie pozyskujemy trendsetterów, ale ekspertów. To rozróżnienie jest o tyle ważne, że nasi eksperci to zwykli ludzie, choć oczywiście są wśród nich także prawdziwi trendsetterzy. Najważniejsze jest jednak to, że są to konsumenci danej grupy produktowej, którzy są wiarygodni w swoim naturalnym środowisku. Pani, która jest gospodynią domową i fascynuje się żelazkami, będzie wiarygodna dla swoich koleżanek, dla których ten temat też jest interesujący. A młody chłopak, który lubi chodzić na imprezy, będzie wiarygodny, gdy będzie rozmawiał o alkoholu.
A czy to nie jest tak, że ludzie zapisują się do programu po to, żeby dostawać darmowe produkty i próbki?
Na pewno jedną z motywacji bycia w społeczności jest możliwość dostawania produktów. Natomiast wydaje mi się, że bardziej chodzi o to, że eksperci chcą wiedzieć, co jest nowego na rynku i co jest faktycznie warte zakupu. Czyli nie jest to czysto materialna motywacja typu: zapiszę się do programu, dostanę produkt, tylko: dostanę produkt jako pierwszy, będę mógł go przetestować i podjąć decyzję zakupową. Z drugiej strony ludzie są tylko ludźmi i takie przypadki, o których mówisz, też oczywiście się zdarzają. Ale właśnie z tego powodu mamy duże restrykcje, jeśli chodzi o funkcjonowanie w społeczności ekspertów. Mianowicie takie osoby najczęściej nie raportują. A jeśli nie raportują, to nie są zapraszani do kolejnych kampanii i mówiąc nieładnie, po prostu wylatują z bazy.
No właśnie chciałam zapytać, czy są sankcje za brak raportowania.
Tak. Nasze podejście jest takie. Ekspert może uznać, że produkt nie jest fajny. Ma do tego pełne prawo, bo podstawą naszego działania są nieopłacone i szczere rekomendacje. Nie zmuszamy ludzi do tego, żeby mówili, że coś jest dobre, jeśli według nich dobre nie jest. W momencie, kiedy mamy ustaloną i zamkniętą grupę do kampanii, mówimy: Drogi ekspercie, to będzie kampania dla produktu x. I to jest moment, kiedy on może powiedzieć: A ja nie lubię produktu x, mam złe doświadczenia z tym produktem. I my mówimy: Ok, nie ma problemu, nie będziesz brał udziału w tej kampanii. Potem oni otrzymują paczki i to jest drugi moment, kiedy….
Faktycznie zdarzają się takie sytuacje, kiedy ekspert mówi, że nie chce brać udziału w danej kampanii ze względu na produkt?
Bardzo rzadko. Tylko w około 1-2% przypadków zdarza się, żeby ktoś odrzucił produkt. Drugi moment, kiedy ekspert może zrezygnować z kampanii jest wtedy, gdy otrzymuje paczkę. Może wtedy powiedzieć: Bardzo mi przykro, ten produkt nie spełnił moich oczekiwań. Nie jestem w stanie go rekomendować, to byłoby wbrew mnie. Mówimy: Nie ma problemu, odeślij nam paczkę lub przekaż znajomym produkty, ta kampania się dla Ciebie zakończyła. Podaj nam powody, dla których ten produkt nie spełnił twoich oczekiwań, przekażemy twoją opinię producentowi. Ale jeśli taka osoba potwierdza wzięcie udziału w kampanii, otrzymuje produkt, przyjmuje produkt, a następnie ma nas w nosie i nie wypełnia raportów, to ponosi tego konsekwencje. Oczywiście, jak zrobi to raz i powie – Przepraszam, ale wyjechałam, byłam chora, cokolwiek – to nic się nie dzieje. Natomiast jeśli osoba regularnie bierze, a nic z siebie nie daje, to wtedy jest usuwana z bazy. Właśnie po to, żeby unikać sytuacji, o których wspomniałaś.
W jaki sposób aktualizujecie bazę? Bo załóżmy, że ktoś trzy lata temu zarejestrował się jako matka z dzieckiem w wieku 0-6 miesięcy.
Przede wszystkim, półtora roku temu zrobiliśmy dużą czystkę w bazie. Kilkadziesiąt tysięcy osób, nieaktywnych, nie raportujących zostało usuniętych. Ale to jest baza, która cały czas rotuje, bo cały czas pojawiają się nowe osoby. Po pierwsze w zeszłym roku prowadziliśmy wiele kampanii promocyjnych mających na celu pozyskanie nowych ekspertów. Po drugie, po każdej kampanii przybywa nam ekspertów– ekspertami stają się znajomi ekspertów, którzy brali udział w konkretnej kampanii. Oprócz tego baza jest też oczywiście na bieżąco aktualizowana – zawieszamy ankiety, wysyłamy mailingi z prośbą o aktualizowanie swoich danych.
Podkreśliłaś różnice w terminologii, które istnieją między trendsetterem a ekspertem. Oprócz tego nie posługujecie się też terminem marketing szeptany, ale – marketing rekomendacji. Z jakiego powodu?
Powody są dwa. Jeden jest taki, że marketing szeptany to bardzo szerokie pojęcie, a my specjalizujemy się głównie w komunikacji offline, czy inaczej face-to-face. Product-seeding jest głównym narzędziem, które pozwala nam takie działania realizować. Po drugie, i to też nie jest tajemnica, miało to na celu odróżnienie się od firm, które realizują marketing szeptany w sposób mało etyczny, czyli np. robiąc wpisy na forach.
Ale czy nie jest tak, mimo wszystko, że marketing szeptany idzie w kierunku internetu i serwisów społecznościowych?
Na pewno jest to również ważny segment, dlatego wykorzystujemy też internet i chcemy ten kawałek rozwijać. To nie jest tak, że nie lubimy internetu i uważamy, że jest on niepotrzebny. Broń Boże. Uważamy jednak, że rekomendacja offline, poparta osobistym doświadczeniem z produktem, ma znaczącą wartość, ponieważ jest najbardziej wiarygodna. Powiedziałabym, że to, co dzieje się w internecie, ma trochę płytszy wymiar. Produkt doskonały to połączenie internetu z offlinem.
Kiedy jest mowa o marketingu szeptanym i internecie, od razu pojawiają się kwestie etyczne. Jakiś czas temu zaczęliście pracować nad kodeksem dobrych praktyk. Moim zdaniem tego typu kodeksy nie mają sensu i w żaden sposób nie regulują rynku. Rozumiem jednak, że wy macie na ten temat inne zdanie…
Oczywiście nie oczekuję, że zmienimy świat. Ale tym kodeksem chcieliśmy jasno, głośno i wyraźnie powiedzieć, jak jest i jak być powinno. Ten wymiar edukacyjny jest niezwykle ważny i to na wielu płaszczyznach – klientów, marketerów i konsumentów. Marketing szeptany jest coraz silniejszą i ważniejszą gałęzią rynkową i zależy nam, żeby ten element pojawił się także w kodeksie etyki reklamy, gdzie są usankcjonowane np. kwestie telewizji, radia. Zależy nam, żeby marketing szeptany mógł się również tam znaleźć. Sztuką nie jest bowiem stworzenie kodeksu i zawieszenie go gdzieś, ale istotne jest to, żeby miał on jakąś formułę formalno-prawną.
No i na koniec został nam jeszcze jeden bardzo duży obszar. Mianowicie mierzenie efektywności tego typu działań. Jak mierzycie efekty prowadzonych kampanii, jak to jest mierzone na świecie, na co zwracają uwagę sami marketerzy.
Metodologia pomiaru jest u nas mniej więcej podobna do stosowanej na całym świecie. Ostatnio zresztą z pewnym zdziwieniem odnotowałam, że jesteśmy bardziej zaawansowani metodologicznie i badawczo niż największe firmy z naszej branży na świecie. Myślę, że wynika to z tego, że klient polski – czy nawet klient europejski – jest bardziej wymagający niż klient amerykański. Metod badań efektywności jest kilka. Po pierwsze mamy raporty, czyli badamy to, co robią nasi eksperci. Potem mamy badanie podsumowujące kampanię. Na stałe współpracujemy też z SMG/ KRC, któremu zlecamy badania zewnętrzne.
Na czym polegają te badania?
SMG bada np. tzw. wskaźnik rekomendacji z drugiej ręki. Czyli – G0 to są nasi eksperci, G1 to grupa ich znajomych, a G2 to grupa znajomych znajomych. Z raportów przesłanych przez ekspertów w trakcie kampanii widzimy, co dzieje się na linii G0 do G1 – mamy informację z iloma osobami rozmawiał dany ekspert. SMG/ KRC bada drugą falę rekomendacji, czyli G1 do G2. Polega to na tym, że prosimy naszych ekspertów, żeby w trakcie kampanii podali SMG/ KRC nazwiska i numery telefonów swoich znajomych, oczywiście za ich zgodą. Następnie SMG dzwoni do tych osób i pyta, czy doszły do nich rekomendacje. Kiedy odpowiedź jest twierdząca, następne pytanie brzmi – czy przekazałeś tę informację dalej i ilu osobom. W stosunku do ubiegłego roku wskaźnik G1 do G2 wzrósł z 4,8 do 5,3.
Czyli to oznacza, że osoba, która otrzymała rekomendację od eksperta przekazała ją średnio kolejnym 5 osobom.
Tak.
A ekspert przekazuje informację ilu osobom?
Średnio 15. Choć w zeszłym roku ten wskaźnik wynosił 17 osób. W tym roku nieco się zmniejszył, ale myślę, że to wynika z ilości kampanii. W 2009 roku było znacznie więcej kampanii niż w 2008 roku. Wracając do badań zewnętrznych, SMG/ KRC bada też intencje zakupowe, postrzeganie produktu przed i po kampanii. Nowym wskaźnikiem, potwierdzającym dokonany zakup jest wskaźnik Brand on Hand, pokazujący ile osób faktycznie posiada produkt w domu. Robimy też porównania do rynku naturalnego, czyli porównujemy, jak postrzega produkt osoba, która dostała rekomendację vs osoba wylosowana z populacji spełniająca takie same kryteria, ale nie mająca żadnego związku z tą kampanią.
Wspomniałaś, że polski klient jest bardziej wymagający od amerykańskiego. Czy to samo stwierdzenie dotyczy też konsumentów?
Tak, zarówno w przypadku marketerów, jak i konsumentów mam podobne odczucia. Dla przykładu – amerykańska agencja specjalizująca się w product seedingu, wysyłając paczki, pakuje produkt w zwykłe tekturowe pudło. My z kolei kładziemy bardzo duży nacisk na jakość opakowania. Pudełka są zawsze bardzo ładne, kolorowe, bo tego oczekuje nasz konsument. Moim zdaniem ta różnica wynika z tego, że w Stanach jest bardziej masowy rynek i jednocześnie Amerykanie są na zupełnie innym etapie rozwoju niż my. Dla nich najważniejszy jest sam produkt – to, jak on będzie opakowany, nie ma dla nich większego znaczenia. I tak samo jest, jeśli chodzi o klientów. Nasi klienci przywiązują strasznie dużą wagę do wskaźników, do badań, do potwierdzenia efektywności, a tam ma to znaczenie drugoplanowe.
A jak Twoim zdaniem wygląda przyszłość marketingu szeptanego? Powiedziałaś na początku, że od 2004 roku ten rynek zmienił się diametralnie…
Ja generalnie uważam, że 2004 rok to było jednak za wcześnie. Polski rynek nie był jeszcze przygotowany na tego typu działania. Oczywiście, to było fajne, cool, sexy. Tyle tylko, że nie do końca miało to odbicie w biznesowym wymiarze. Na szczęście, przez ostatnie sześć lat mocno wzrosła świadomość marketerów. Dziś dużo mniej musimy tłumaczyć, o co w tym chodzi, czym się zajmujemy. Marketerzy też coraz częściej rozumieją potrzebę tego typu działań. Największe korporacje mają strategie w zakresie marketingu szeptanego. I to nie tylko na świecie, ale także w Polsce.
Czyli według Ciebie przyszłość marketingu szeptanego jest taka, że będzie on częścią strategii marketingowych.
Tak. Tak sądzę. Naszymi klientami są obecnie największe światowe korporacje. Coraz częściej też zdarzają się zapytania, i jest to jeden z kierunków naszego rozwoju,
o możliwość przeprowadzenia kampanii poza Polską.
A może to jest po prostu tak, że tylko dużych klientów na was stać?
Nie, nie sądzę. Koszt kampanii zaczyna się już od 100 000 złotych, średnia kampania to wydatek 200 tysięcy. To nie jest przecież kwota zupełnie kosmiczna. Oczywiście, mniejszych firm może być nie stać na product seeding na 2000 czy 3000 tysiące osób, ale mogą skorzystać z innych mechanizmów, które oferujemy, np. z oferty internetowej czy badawczej. Ale tak jak powiedziałam wcześniej – docelowo połączenie online’u z offlinem to jest pełnia, która pozwala na spełnianie potrzeb przeróżnych klientów, mniejszych i większych.
Dziękuję za rozmowę.
Dziękuję.
*Matylda Szymalska – Prezes Zarządu Streetcom Polska sp.z o.o. Absolwentka marketingu politycznego na wydziale dziennikarstwa i nauk politycznych UW. Swoją karierę zawodową rozpoczynała w dziale reklamy anglojęzycznego wydawnictwa. Przez kolejne lata zdobywała doświadczenie w firmach medialnych – outdoorowych (Clear Channel) i wydawniczych (Film Publishing, Vindobona, ViMedia). W 2003 r. dołączyła do zespołu Platformy Mediowej Point Group SA, gdzie przeszła przez kilka szczebli kariery, aby finalnie objąć funkcję dyrektora sprzedaży. W marcu 2009 objęła stanowisko Prezesa Zarządu w agencji Streetcom.
W wolnych chwilach najchętniej spędza czas z przyjaciółmi. Lubi też poczytać dobrą książkę, fascynują ją zwłaszcza autorzy iberoamerykańscy. Jako osoba bardzo aktywna, uwielbia również podróże. I generalnie lubi, jak dużo się dzieje.