BirthBerry, czyli znikam na dwa tygodnie (mniej więcej :))
No więc zainstalowałam BirthBerry. Specjalną aplikację na telefon komórkowy, która umożliwia liczenie skurczów porodowych i automatyczne powiadamianie o tym lekarza, rodziny i znajomych (na szczęście, nie ma możliwości automatycznych powiadomień na FB – uff). Co prawda, chwilowo nie mam czego liczyć, choć moje dziecko miało pojawić się na świecie w poniedziałek 18/07. Ale być może szykuje się do branży reklamowej i doszło do wniosku, że nie ma deadline’u, którego nie można by przesunąć :). W związku z tym na blogu przez najbliższe dwa tygodnie raczej nie pojawią się nowe wpisy. Tymczasem, tanecznym krokiem – w rytmie Diany Ross I’m Coming Out (ewentualnie The Fugees – Ready or Not. Here I Come) – podążam w kierunku sali porodowej (tak, moi drodzy, takie czasy – na salę porodową można zabrać własną składankę – frontem do klienta :)).
Trzymajcie kciuki – przydadzą się :).
Pocięta syrenka, czyli zwycięzca w kategorii najgłupszy ambient
Z założenia nie piszę o kiepskich przykładach ambientu, ale gdybym chciała zrobić kiedyś takie zestawienie, to myślę, że ta ubiegłoroczna akcja na Ukrainie byłaby niekwestionowanym zwycięzcą. Otóż żeby zwiększyć sprzedaż, Global Fish – delikatesy oferujące owoce morza – wyprodukowały makietę syrenki. Następnie pokroiły ją na kawałki i umieściły w specjalnych lodówkach w centrach handlowych i… w centrach biznesu. Syrenka z pociętym tułowiem leżała tam przez miesiąc, po czym została przeniesiona do delikatesów. Podobno, po akcji ruch w delikatesach zwiększył się dwukrotnie. Co było przyczyną? Trudno określić. Mam nadzieję, że nie kanibalistyczne skłonności konsumentów.
Technologia Kinect w reklamie zatacza coraz szersze koło
Podczas Cannes Lions Microsoft przedstawił swoją koncepcję interaktywnych reklam przy wykorzystaniu technologii Kinect i xBoxa. Za pomocą głosu lub ruchu ręki, można dzielić się reklamą w serwisach społecznościowych (wystarczy powiedzieć Xbox Tweet), dowiedzieć się więcej na temat przedstawiany w reklamie (np. konkursu), a nawet uzyskać dane dotyczące tego, gdzie najbliżej mojego miejsca zamieszkania mogę kupić reklamowany produkt (np. wyświetla się lista dilerów samochodowych). Więcej przykładów wykorzystania tej technologii można zobaczyć na poniższym filmie. Niestety, Microsoftowi oberwało się mocno za ten film.
Jak w wakacje nie stać w kolejkach, czyli aplikacja mobilna iQueue
Powiem tak. Oto jedna z najlepszych aplikacji mobilnych, o jakich kiedykolwiek czytałam. Miała promować Jukon (terytorium Kanady), ale moim zdaniem powinna być wdrożona przez wszystkie miasta nawiedzane w wakacje przez tłumy turystów. Na czym dokładnie polegała akcja? Otóż Jukon postanowił promować się pod hasłem „Odkryj Jukon – wakacje bez kolejek”. Wybrał więc siedem rynków, na których prowadził komunikację (m.in. Francja, Włochy etc.), a następnie przygotował specjalną aplikację na telefon komórkowy – iQueue. W miejscach dużego natężenia turystów umieścił specjalne naklejki z informacjami – typu „Średni czas stania w kolejce od tego miejsca – 5h. Zamów iQueuera (osobę, która będzie stać za Ciebie w tej kolejce)”.
Cannes Lions – zwycięzcy w kategorii niestandardów – cz. 3 i ostatnia
Uf. Wreszcie zarchiwizowałam wszystkie tegoroczne niestandardy z Cannes. Poniżej prace nagrodzone w kategoriach Outdoor oraz Media. Najciekawsze prace, moim zdaniem, jednak w kategorii Outdoor. Moje typy to – oprócz szeroko komentowanego już w mediach Virtual Store dla Home Plus (prezentacja Outdoor Lions, slajd 8) – Canal Bike dla marki Go fast! (ta sama prezentacja, slajd 14), Mint Parking Ticket (slajd 23) – choć nie jestem pewna, czy konsumenci faktycznie wkładają bilety parkingowe do ust, Unconscious Runners (slajd 24), która nie wiem czemu, kojarzy mi się z trwającą obecnie kampanią Nie biegam, bo… (może przez jedno z haseł: You run when you can’t hold it any more :)). Nie rozumiem natomiast zupełnie kampanii The world‘s biggest hug (slajd 37) – to znaczy, sam koncept wyświetlenia animacji na statui Jezusa w Brazylii jest dla mnie OK, ale skoro to kampania społeczna przeciwko wykorzystywaniu seksualnemu dzieci, to nie widzę tu żadnego związku. Nie jestem też przekonana do akcji 12 second strip (slajd 38) – jakoś striptease mało kojarzy mi się z marką Renault, ale może w Wielkiej Brytanii jest to uzasadnione (?).
Jeśli chodzi o kampanie nagrodzone w kategorii Media, to jakoś nie powaliły mnie na kolana. Mamy tu albo tzw. powtórzone koncepty – nie jestem przekonana, że zawiązanie czerwonych szalików na pomnikach dla marki Gripostad C zasługuje na srebro (prezentacja Media Lions, slajd 7), albo przaśny dowcip (akcja Fur Fur away towels, ta sama prezentacja – slajd 16).
Kampania T-mobile – ale o co chodzi?
O kampanii rebrandingowej T-mobile miałam nie pisać. Po pierwsze dlatego, że nie dostrzegłam w niej żadnych niestandardowych elementów (zmiana GW na różowo się nie liczy, serio). Po drugie – dlatego, że jest kiepska. Pominę już milczeniem wybór Jana Nowickiego jako celebryty, który miał pociągnąć (?!) tę kampanię. Abstrahując już od postaci samego aktora – wciąż zastanawiam się, jaki ma on związek z wartościami marki T-mobile promowanymi dotychczas na całym świecie, tj.: prawdziwi ludzie, zaangażowanie, emocje etc. etc. Jeśli zestawić Nowickiego z takimi akcjami, jak T-mobile Dance, Sing-along, Welcome Back czy Royal Wedding – zgrzyta co najmniej tak, jakby przejechać paznokciem po szkolnej tablicy. Nie wiem też, kto wymyślił i kto klepnął te dramatyczne inserty w prasie (vide zdjęcie poniżej). Strata kasy, serio. Przy takiej marce, przy takiej okazji i przy takim budżecie było 100 milionów naprawdę kreatywnych sposobów wykorzystania prasy.
Ale do rzeczy.
Tak jak wspomniałam na początku – miałam o tej kampanii nie pisać. Zmieniłam jednak zdanie w ten weekend. Wtedy to po raz pierwszy zobaczyłam aktualny spot, który wprawił mnie, nie ukrywam, w stupor (tkwię w nim do dziś). Kto nie widział spotu, opowiadam w skrócie. Występuje w nim Kasia – z Polski – i jej koledzy – z USA lub UK, jak się domyślam. Kasia jest w Warszawie i dzwoni – to istotne – do bardzo męskich (zauważalne takie atrybuty, jak muskuły, piwo etc.) kolegów, którzy siedzą w pubie. Ci, po telefonie od Kasi, porzucają całą swoją męskość (szczerze mówiąc, mogliby się dla mnie przebrać w tym momencie za baletnice z Jeziora Łabędziego), żeby obejrzeć na ekranie TV… różowe bańki mydlane latające nad Warszawą (!). Ach! Rozkoszne! A jakie wiarygodne!
No nic. Do tej pory w ten stan zdziwienia wprawiały mnie zazwyczaj akcje niestandardowe. Tym razem udało się to reklamie telewizyjnej. Nie wiem, czy to aby dobrze o niej świadczy, ale czekam na dalszy rozwój wypadków.
subskrybuj








