Odpowiedź z Facebooka w sprawie statystyk
Nie sądziłam, że mój ostatni wpis – Facebook poza internetem – wywoła TAKĄ burzę :). Ku mojemu rozczarowaniu jednak, dyskusja nie dotyczyła reklam, ale statystyk oglądalności Facebooka. We wpisie podałam bowiem, że: primo – na świecie liczba użytkowników FB przekroczyła 500 mln, secundo – w Polsce liczba użytkowników FB wynosi blisko 6,5 mln (Megapanel PBI/ Gemius, maj 2010). Niektórzy czytelnicy zarzucili mi (bezpośrednio w komentarzach oraz mailem), że obie informacje są błędne. W przypadku danych polskich nie wiem, o jaki konkretnie błąd chodzi – ale ustosunkowałam się do zarzutu w komentarzach. W przypadku danych światowych chodziło o to, że powinnam użyć sformułowania „zarejestrowanych kont”, a nie „użytkowników”. Ponieważ na swojej stronie FB podaje informację, że posiadają „500 mln active users” (vide: Facebook Statistics), a rzetelność informacji, które publikuję na tym blogu, jest dla mnie zawsze priorytetowa, postanowiłam wyjaśnić tę kwestię u źródła. Napisałam więc maila do FB z prośbą o wyjaśnienie, co mają na myśli, pisząc „active users”. Odpowiedź dostałam po niecałych 4 godzinach (!). Poniżej moja korespondencja ze Stefano Hesse, EMEA Communications Manager, Facebook. Zamieszczam ją jako osobny wpis, bo jak widać, liczba użytkowników FB to obecnie gorący temat. Mam nadzieję, że poniższe informacje okażą się przydatne.
Jak wykorzystać media społecznościowe w akcji charytatywnej
Z wielką przyjemnością publikuję dziś case study akcji „Kup sobie blogera”, która – jak pamiętacie – odbyła się w marcu tego roku i zakończyła naprawdę sporym sukcesem (noszę się z zamiarem zgłoszenia jej do przyszłorocznego Effie :)). Z tym wpisem czekałam jednak aż do dziś, bo dopiero w ubiegłym tygodniu zostały zamknięte wszystkie kwestie finansowo-prawne (przyzwyczaiłam się, że te zawsze trwają najdłużej) i pieniądze – łącznie w kwocie 8026 PLN – zostały przelane na konto Pauliny Pruskiej w Fundacji Św. Mikołaja. Wreszcie :). Wszystkie szczegóły znajdziecie w poniższej prezentacji – nie tylko założenia akcji, ale przede wszystkim jej efekty. Ja dodam tu tylko, że warsztat, który wylicytował bank BZ WBK, odbył się w Poznaniu 18 maja. Ze strony banku wzięli w nim udział pracownicy Departamentu Marketingu, Departamentu PR oraz Obszaru Direct Banking. „My-blogerzy” rozgadaliśmy się strasznie (niby każdy z nas miał godzinę, ale było to STANOWCZO za mało – a Maciek Budzich pobił w tej kwestii już chyba wszystkie rekordy :)), ale słuchacze wytrwali do końca :).
Korzystając z okazji, jeszcze raz dziękuję BZ WBK za wspólnie spędzony czas, za zaangażowanie, dyskusje i konstruktywny feedback, a przede wszystkim za hojną rękę :). Wszystkim zaś pozostałym „maczającym palce” w tej akcji, za ogromne zaangażowanie i wielkie serca. Bez Was nie udałoby się nam zebrać ponad 8 000 PLN (dodam, że zaczynaliśmy od 700 PLN :)).
Co Puma robi na mundialu
Powinnam, naprawdę powinnam, zacząć się interesować piłką nożną. I oglądać mecze. Wszystkie. Obowiązkowo. Po pierwsze, tylko w taki sposób nie umknęłaby mi akcja Pumy podczas meczu Portugalia-Korea (tak, wiem, słyszałam, 7:0). Po drugie, miałabym pewność, że ta akcja odbyła się naprawdę. Tymczasem gwarancji nie mam, bo – choć obdzwoniłam prawie wszystkie międzynarodowe działy PR Pumy oraz dodatkowo polski – odpowiedzi brak. O co chodzi? Otóż Puma, jak wiele innych marek (vide: Nike) niebędących oficjalnymi sponsorami mundialu, postanowiła marketingowo włączyć się w mistrzostwa świata. W sieci pojawiły się dwa filmy – umieszczone na YouTube przez anonimowe osoby. Na żadnym z nich nie widać logo Pumy, ale doskonale wiadomo, że chodzi o tę markę. Oba filmy wykorzystują bowiem motyw z kampanii Love = football (na pewno kojarzycie graficzny znak tej kampanii: serce = piłka nożna). Na jednym z filmów widzimy, że znak graficzny zbudowany został tuż przy stadionie, na którym rozgrywane są mundialowe mecze (piłką jest sam stadion). Na drugim, ten sam znak widzimy wyrysowany na niebie (tzw. skywriting – tu widać nawet odlatujący samolot!) podczas meczu Portugalia:Korea. Mam pewne wątpliwości, czy obie akcje zostały zrealizowane naprawdę (z powodów bezpieczeństwa, przestrzeń powietrzna nad stadionem i w jego pobliżu jest raczej zamknięta). Ale nawet jeśli filmy zrobiono wyłącznie komputerowo na potrzeby kampanii wirusowej, to pomysł i tak jest naprawdę super :).
Polski akcent na Future Lions 2010
No i proszę, wpisem Durex Baby wywołałam do odpowiedzi Kamila Kowalczyka, który – jak się okazało – też zgłosił swoją pracę na Future Lions (i D&AD Student Awards przy okazji). O Kamilu pisałam jakiś czas temu (za pracę Tyskie Stickers, wspólnie z Michałem Kamińskim, jako jedyni Polacy otrzymali wyróżnienie w konkursie Magdalena). Mam więc nadzieję, że w tegorocznych konkursach Kamil też coś zgarnie. Trzymam mocno kciuki, a poniżej zgłoszona do Future Lions i D&AD Student Awards praca IKEA Decorator – wykorzystująca siłę Facebooka i naszej… próżności (kto by nie chciał zobaczyć się w katalogu? :)) PS Założeniem w konkursie Future Lions jest stworzenie reklamy (dla wybranej globalnej marki), która była niemożliwa do realizacji 5 lat temu.
Jak efektywnie szukać pracy w branży reklamowej :)
Absolutnie genialny pomysł. Efektywność 100% i to w dodatku za jedyne 6$. Oto jak. Alec Brownstein, copywriter, szukał pracy w branży reklamowej. Zamiast jednak wysyłać swoje CV, wykupił linki sponsorowane. Oczywiście, nie jakieś-tam linki. Mając bowiem świadomość (intuicyjną lub popartą badaniami), że większość z nas szuka w Google’u informacji na temat samych siebie, wykupił linki sponsorowane targetowane do dyrektorów kreatywnych największych agencji reklamowych. Kiedy więc Gerry Graf (Saatchi&Saatchi), David Droga (Droga5), Tony Granger, Ian Reichenthal i Scott Vitrone (wszyscy trzej z Y&R) wpisywali do wyszukiwarki swoje nazwiska, wyskakiwał im personalizowany boks z hasłem w stylu „Hey, Ian Reichenthal. Googling yourself is a lot of fun. Hiring me is fun, too.” i linkiem do strony www.alecbrownstein.com. Kilka miesięcy minęło (ostatecznie, nie wpisujemy swoich nazwisk do Google’a codziennie), gdy czterech z pięciu „zaatakowanych” dyrektorów zaprosiło Aleca na rozmowę kwalifikacyjną. Dwóch z nich zaproponowało mu pracę. Dziś Alec pracuje w Y&R, New York, a za swój projekt dostał już cztery nagrody: Gold Pencil, Silver Pencil, Clio i Young Gun of the Month. Nieźle :).
Efekt Św. Mateusza
W ostatnim tygodniu żałoby narodowej miałam wątpliwą przyjemność obserwowania, jak na Facebooku lawinowo powstają najróżniejsze grupy protestujące. I mimo że przestałam z tego powodu i w tym czasie korzystać z Facebooka, informacje, ile osób protestuje, wciąż do mnie docierały. Temat podchwyciły bowiem media. Niestety, w całej swojej „rzetelności” podawania, kto protestuje, jak protestuje, po co, dlaczego, kiedy, gdzie etc. etc., żadne z mediów nie pokusiło się o spojrzenie na problem z perspektywy socjologicznej. I żadne z mediów nie wspomniało o tzw. efekcie Św. Mateusza, z którym mamy do czynienia w przypadku tzw. zachowań zbiorowych. A ponieważ efekt Św. Mateusza ma również znaczące implikacje marketingowe, dwa słowa na ten temat z mojej strony.
Do końca aukcji „Kup sobie blogera” zostały już tylko dwa dni
Jeszcze tylko dwa dni zostały do końca aukcji charytatywnej, w której możecie licytować 4 blogerów albo jednego laptopa. Pierwotne ceny są już jednak dawno nieaktualne, co mnie oczywiście bardzo cieszy :). Obecna stawka za blogerów to 2 551,01 PLN (zaczynaliśmy od 669 PLN :)), a za laptopa 1950 PLN (zaczynaliśmy od 1500PLN). Nie ukrywam jednak, że w ciągu tych ostatnich dwóch dni mocno liczę na Waszą hojną rękę, pełną mobilizację i prawdziwą walkę ofert. Chodzi przecież o to, żeby zebrać jak najwięcej pieniędzy dla Pauliny – cała kwota z obu licytacji przeznaczona zostanie na jej leczenie i rehabilitację. Czy uda nam się zebrać brakujące 500PLN i przekroczyć 5000 PLN? Oby!
Kup sobie blogera, czyli aukcja charytatywna dla Pauliny Pruskiej
Jechałam kiedyś pociągiem z Gdańska do Poznania. 5 rano, ja sama w przedziale, nagle otwierają się drzwi i staje w nich… kowboj. Prawdziwy. W kapeluszu, kowbojkach i z przewieszonym lasso. Zdębiałam. A kowboj mówi: chciałem tylko panią uprzedzić, że na następnej stacji wsiądą moi koledzy i będziemy zbierać precjoza. Przypomniała mi się ta sytuacja, bo dziś… precjoza… będę zbierać ja! I w dodatku od Was :). Dziś startuje bowiem – zapowiadana już wcześniej – aukcja charytatywna dla Pauliny Pruskiej (Paula i Pan Śmieciuch), podczas której możecie licytować dwie rzeczy.
Po pierwsze – nowego, oryginalnie zapakowanego laptopa NTT Corrino 717SU, którego cena wywoławcza wynosi 1500 PLN (a cena rynkowa 2950PLN). Przejdź na stronę aukcji.
Kiedy jednak przygotowywałam tę aukcję, przyszło mi na myśl, żeby do tego laptopa „coś” dorzucić (żeby oczywiście zebrać jeszcze więcej pieniędzy). Ponieważ moim zdaniem największą wartość ma zawsze wiedza, skontaktowałam się z innymi blogerami i postanowiliśmy wystawić na aukcję… samych siebie :).
Polish Thursday: UNICEF – cards really full of life
Everybody knows UNICEF charity cards. You buy one and donate money to children. This idea has already 60 years and UNICEF is celebrating this anniversary running a global campaign called „Cards full of life”. The claim is nice of course but it needs to be said that there are tough times for traditional postcards nowadays. Being honest, we are not used to them – we prefer e-mail and sms. Luckily Polish division of UNICEF and the agency Brainshake (Warsaw, Poland) found a solution how to make these cards alive again. At the end of November there were 1000 UNICEF cards sent from Poland. Each card that was sent has a unique number and login. And now it is really simple. You get a card, you go to the www.kartkipelnezycia.pl site, you log-in and afterwards you send the card forward. Thanks to the application you can track the route of your card and meet the people who received and sent it. Starting from the end of November the cards made already 696 910 km, reached all continents and are travelling farther. At the moment there are 1385 people and 1040 cards taking part in this campaign. I hope there will be more – because with every card you still donate money.
Takie tam banały na temat Facebooka
Jak napisał ostatnio u siebie Artur Kurasiński: „Koniec 2009 roku rozpoczął nową histerię, której na imię Facebook.„ To prawda, szał na Facebooka przypomina trochę sytuację sprzed dwóch lat, kiedy to w przypadkowej rozmowie słyszeliśmy wciąż: „Jak to?! Nie ma cię jeszcze na Naszej Klasie?!?”. Dziś więc dwa słowa komentarza w sprawie „szału na FB” także z mojej strony, przy czym z tzw. naukowej perspektywy. Nie mogłam sobie odmówić. Dlaczego? Bo zawsze powtarzam, że teoria wyprzedza praktykę o kilka lat – w przypadku mediów społecznościowych okazało się, że nie jest to kilka lat, a kilkadziesiąt.
subskrybuj










