Czy wirus ma jakieś granice, czyli Cult Cola i strzał w głowę
Nie macie wrażenia, że wszystkie wirusy są ostatnio takie same? Że albo są obrzydliwe (jak RayBan i krowa, która urodziła człowieka), totalnie dziwaczne, absurdalne i najzwyczajniej w świecie straszne (jak seria wirusów Diesel’a)? Bo ja właśnie mam takie poczucie. I co oglądam jakiegoś wirusa, to odnoszę wrażenie, że widzę nie reklamę, a kolejny odcinek Dirty Sancheza albo Jackassa. Powtarzam się, ale za każdym razem przekraczane są kolejne granice. Ostatnio mój mąż podesłał mi właśnie takiego wirusa. Chodzi o Cult Colę, choć można też pomyśleć, że film promuje (rosyjski? ukraiński?) talent show. Zanim obejrzycie film (poniżej), dodam tylko, że hasło Cult Coli brzmi: World’s strongest cola - podobno zawiera 50% więcej kofeiny niż Pepsi i Coca-Cola. Rozumiem zatem, że jest tak mocna, że po jej wypiciu urywa człowiekowi głowę. Innego uzasadnienia dla tego filmu nie widzę.
Recykling
Nie, nie. Wbrew tytułowi, dziś nie będzie ani o sprzątaniu świata, ani o green marketingu. Będzie za to o iPodzie i… farbie. Pamiętacie billboard iPoda Nano Chromatic – taki różnokolorowy, z kapiącą farbą? (pisałam o tym w grudniu – we wpisie Graffiti i muzyka – miejsce nr 1). No więc całkiem niedawno (maj 2009) wykorzystał go kanadyjski market budowlany – Rona. Umieścił pod nim drugi billboard. Z pustymi puszkami i hasłem: „Zbieramy farbę, która Ci została”. Nice :).
Fajna akcja, tylko czyja?
Na jednych z pierwszych zajęć z zarządzania marką Mark Ritson powiedział: „nie pozwól, żeby twoja marka stała obok jakiejkolwiek innej”. Pamiętam to zdanie do dziś, choć usłyszałam je dobre pięć lat temu. Pamiętam pewnie dlatego, że było to dla mnie wtedy bardzo kontrowersyjne zdanie. Po pierwsze zaprzeczało idei co-brandingu (jak się później okazało, Mark w ogóle miał kontrowersyjne poglądy dot. zarządzania marką – twierdził np., że produkty należące do grupy easyGroup nie są markami). Po drugie – burzyło moje dotychczasowe przyzwyczajenia – chociażby te dotyczące patronatów medialnych (do dziś, na jednym plakacie filmowym jest czasami tyle logotypów patronów medialnych, że trudno je policzyć). Ale co do zasady Mark miał wtedy rację. A zdanie, które powiedział, przypomina mi się za każdym razem, gdy widzę taką akcję, chociażby jak ta niedawno zorganizowana przez Random House.
Moonvertising – naprawdę nas to czeka?
Mediamikser.pl i Press.pl podały wczoraj za BrandRepublic, że amerykańska firma MoonPublicity oferuje reklamę na… Księżycu. Podobno jest to możliwe dzięki specjalnym robotom, które „ryją” w powierzchni Księżyca różne kształty, widoczne następnie z Ziemi (wizualizacja poniżej). MoonPublicity nie jest jednak pierwszą firmą, która chciałaby się podjąć takiego zadania. O moonvertisingu była mowa już wcześniej. Najgłośniejsza dotąd akcja miała miejsce w marcu 2008 roku. Wtedy, Rolling Rock – amerykańska marka piwa – ogłosiła, że za pomocą specjalnego projektora umieszczonego na Ziemi wyświetli reklamę bezpośrednio na Księżycu.
„W kształceniu reklamowym chodzi czasem o prozaiczne rzeczy.”
Wreszcie! W sekcji Wywiady mamy pierwszą kobietę. I od razu wielkie wejście. Dziś bowiem rozmowa z Kasią Dragović*, założycielką Szkoły Mistrzów Reklamy przy Akademii Leona Koźmińskiego. Kasia mówi o tym, czy kształcenie reklamowe ma w ogóle sens, ale przede wszystkim opowiada o samej szkole (jedyna w Polsce szkoła reklamowa typu „portfolio”). Nie bez kozery zresztą. Już wkrótce, wspólnie ze Szkołą Mistrzów Reklamy oraz jeszcze kilkoma innymi znaczącymi organizacjami uruchomimy na hatalska.com WYJĄTKOWĄ akcję. Stay tuned :), a tymczasem zapraszam do lektury.
Miasto, masa, maszyna
Hm. Jakoś z manifestem Awangardy Krakowskiej skojarzyła mi się najnowsza kampania Toyoty Prius. Pewnie dlatego, że jest w niej miasto i maszyna. Ale na tym podobieństwa się kończą. Awangardzistów fascynowała cywilizacja, a w kampanii Toyoty mamy tzw. „back to basics” – pojawia się człowiek i… natura. W ramach tzw. kampanii przygotowującej (launch samochodu planowany jest na 2010 rok), w centrum Bostonu pojawiły się 5,5-metrowe kwiaty, zasilane bateriami słonecznymi. Dodam, że kwiaty nie pełnią wyłącznie funkcji ozdobnej – mieszkańcy miasta mogą się do nich „podłączyć” i naładować telefon albo laptopa, a także skorzystać z internetu (darmowe WiFi). Fajne.
Bez tytułu, bo nie wiem, jak to się nazywa
Gdy dawniej, w popularnym Barze Przystań w Sopocie, człowiek zamawiał rybę, dostawał przy kasie numerek, który następnie, po jakimś czasie, pani wywoływała przez głośniki. Nie powiem, miało to swój urok. Zakładowej stołówki z czasów późnego Gierka chociażby. Ale teraz numerki zniknęły. Zamiast nich pojawiły się… hmm… notyfikatory? Wibratory? Nie mam zielonego pojęcia, jak to się fachowo nazywa, w każdym razie chodzi o takie plastikowe krążki, które wibrują i świecą, kiedy trzeba odebrać swoje zamówienie. Oczywiście, taki plastikowy krążek – w przeciwieństwie do plastikowego bądź drewnianego numerka – jest doskonałym miejscem na reklamę. I oczywiście taka reklama na takim krążku od razu się pojawiła. Poniższe zdjęcie zrobiłam w Barze Przystań wiosną i nie zamieszczałam go tu wcześniej, bo choć sam nośnik jest nowy, to reklama jednak jest mało kontekstowa i mało kreatywna. I kiedy myślałam, że z tego nośnika już nic więcej się nie wyciśnie, to właśnie dziś trafiłam na realizację, która obaliła moje dotychczasowe przekonania.
Niekoniecznie świeże ryby
O. To dość ryzykowne posunięcie. Zrobić z citylightu akwarium, wpuścić tam żywe ryby i dać hasło: „Świeże jak to tylko możliwe”. Już machnę ręką na obrońców praw zwierząt. Ale co zrobić, gdy ryby padną? Na przykład jak te dwie na dole zdjęcia (szczerze mówiąc, nic dziwnego, w takim „środowisku” można się było tego spodziewać). Wciąż chodzi o świeżość? Bo te dwie ryby to… śpią? No cóż, mam wątpliwości.
Tę „fantastyczną” akcję przeprowadziła restauracja rybna z Frankfurtu – Fisch Franke. I choć ryby lubię, to niekoniecznie bym się tam wybrała.
Koncert krokodylich łez
Od prawie dwóch tygodni nie czytam i nie oglądam żadnych wiadomości na temat śmierci Michaela Jacksona. Celowo, bo drażni mnie kręcąca się właśnie machina pt. „Jak jeszcze mogę zarobić na śmierci króla popu?!” Ale właśnie skończyłam oglądać na CNN koncert pożegnalny – Michael Jackson. The Memorial – i dosłownie dwa słowa komentarza z mojej strony na ten temat. Nie chodzi mi tu o różnice kulturowe albo moje osobiste podejście do tematu życia i śmierci. To nie ma znaczenia. Znaczenie ma natomiast fakt, że cały ten koncert podszyty był dla mnie swego rodzaju sztucznością.
Czytaj dalej…
Krwawiący billboard
Kolejne innowacyjne wykorzystanie outdooru. Po raz kolejny w kampanii społecznej. I po raz kolejny – rozwiązanie szokujące. Tym razem w Nowej Zelandii. Chodziło o zmniejszenie liczby wypadków drogowych. W tym celu przy ruchliwej ulicy umieszczono billboard, który zmieniał się w zależności od pogody. W słoneczny dzień widzieliśmy po prostu zdjęcie chłopca. Kiedy padał deszcz, chłopcu leciała z nosa, oczu i uszu… krew. Hasło brzmiało: „Deszcz zmienia wszystko. Dostosuj prędkość do warunków na drodze.” Przerażające.
subskrybuj










