Reklama T-mobile stała się rzeczywistością
Pamiętacie ostatnią reklamę T-mobile nakręconą 15 stycznia na Liverpool Street Station w Londynie? Tę, na której „spontanicznie” tańczy kilkaset osób? No więc w zeszły piątek (06/02) reklama ta stała się rzeczywistością. Tym razem na Liverpool Street Station pojawiło się nie kilkaset, a kilkanaście tysięcy osób, które – zainspirowane najnowszym spotem T-mobile – odtańczyły wspólny taniec. Cała akcja trwała zaledwie 15 minut i faktycznie była flashmobem. Osoby biorące udział w evencie zorganizowały się przez Facebooka, a dokładnie przez grupę Liverpool Street Station Silent Dance. Na stacji pojawiło się podobno 12 000 ludzi, w efekcie czego stacja została ostatecznie zamknięta. Kolejny flashmob inspirowany reklamą T-mobile ma się odbyć 13 lutego o godz. 19.00 na Trafalgar Sq. Tak więc – czy ktoś jeszcze wątpi w to, że reklama działa? :)
Silent Dance tym razem naprawdę spontanicznie:
Więcej na cnn.com i telegraph.co.uk
A tu dla przypomnienia reklama T-mobile:
Podobne wpisy:
subskrybuj











Nie żebym marudził, ale 12 000 ludu. Czy T-Mobile nie posmarowała co poniektórym (swoją drogą, fajny zwrot :))?
Ten jeden raz nie zgodzę się za nic. Albo inaczej: zgodzę się tylko w pewnym, bardzo oczywistym punkcie, tzn. że reklama T-Mobile (rewelacyjna, mógłbym oglądać do znudzenia) wpłynęła na ogromną skalę tego flashmobu. Ale tylko na skalę. A teraz wykład :P
1. To nie flashmob imitował reklamę, a reklama imitowała flashmoby. I to też niezbyt – nawiązywała tylko do masowości, miejsca typowego dla takich akcji i wartości rozrywkowej dla obserwujących (w końcu po to są flashmoby – żeby zadziwiać i zabawiać, względnie irytować, jak najwięcej ludzi).
Idea flashmobu opiera się na tym, że spotykają się nieznające siebie osoby, a łączy je wyłącznie premedytacja i wiedza na temat tego, co mają robić. Tymczasem konstrukcja reklamy ma wskazywać, że mamy do czynienia z wirusem, który pochłania coraz więcej ludzi, którzy początkowo są „niby” obserwatorami. I z tego co widać na klipie, wciągnęli też osoby, które nie miały pojęcia, co się dzieje – choć niewiele, bo układ nie był łatwy (no tak, ale efektowny bardzo, w końcu to reklama). Flashmoby działają odwrotnie – o ich celu i przebiegu wiedzą tylko wtajemniczeni, osoby postronne się nie włączają, są tylko zabawiane.
Flashmoby na tym dworcu odbywały się wcześniej – duuuużo wcześniej (nie zdziwiłbym się, gdyby wyszła jakaś dekada). Liverpool street to chyba miejsce kultowe dla miłośników tego typu zabaw. Oczywiście dlatego, że konstrukcja dworca jest idealna – daje świetną ekspozycję uczestników i gwarantuje olbrzymią jak na flashmoby widownię dzięki przewijającym się masom ludzi – nie bez powodu wybrało go T-Mobile.
2. Silent rave/disco to stosunkowo stary rodzaj flashmobu i nie ma w swoim charakterze nic wspólnego z widowiskiem z reklamy. Dlatego artykuły na Telegraphie i CNN są, delikatnie mówiąc, słabiutkie – bardzo tendencyjne i grubymi nićmi przyszyte do tezy, że to T-Mobile jest odpowiedzialne za całe zamieszanie. A tymczasem T-Mobile „jedynie” (choć niezaprzeczalnie) doprowadziło do monstrualnych rozmiarów samej akcji.
Tak to wygląda po mojemu. Nawiasem mówiąc, żyłem w naiwnym przekonaniu, że takim tytułom jak Telegraph nie przystoi wrzucać do tekstów bezwartościowych informacyjnie opinii ludzi z facebooka…
uff, i tyla.
Nie wiedziałem, że reklama może aż tak zjednoczyć ludzi bez względu na rasę, czy wyznania. Choć z drugiej strony każdy miał ochotę potańczyć nie wstydząc się swoich umiejętności :)