Bohaterowie YouTube w SouthParku, czyli kilka słów o marketingu wirusowym
Kilka dni temu Mediafun pisał na swoim blogu (we wpisie Brawo panowie futboliści), że kluczem do sukcesu wirusowych filmików wrzucanych na YouTube jest dobry pomysł i wykonanie. To prawda. Ale jak się okazuje nie tylko. Osobom odpowiedzialnym za marketing wirusowy polecam filmy, które zamieszczam poniżej (jestem przekonana, że część z nich na pewno już widzieliście). O ich sukcesie świadczy nie tylko fakt, że zostały obejrzane łącznie ponad 100 milionów (!) razy, ale także to, że ich bohaterowie wystąpili w przedostatnim (emisja 02/04) odcinku South Parku pt. Canada on Strike. Dodam, że już sam fakt parodii Internetu w programie TV jest ciekawy (do tej pory było przecież odwrotnie – to Internet szydził z tego, co offline).
O samym odcinku South Parku nie będę pisać. Tym bardziej, że wszyscy bohaterowie YouTube ostatecznie zabijają się w nim nawzajem (hmm… czy powinnam się doszukiwać w tym głębszego sensu? TV kontra Internet?). Odcinek będzie można zresztą niedługo (3 maja) obejrzeć w całości na oficjalnej stronie South Parku. Tym, którym nie chce się czekać, polecam preview pod adresem: southparkstudios.com.
Z marketingowego punktu widzenia znacznie ciekawsze jest jednak pytanie, co takiego znalazło się w tych filmikach, że odniosły one TAKI sukces?
Ok, spróbujmy. Mamy ośmiu bohaterów. Różnych. Ludzi i zwierzęta. Dorosłych i dzieci. Tematyka również bardzo szeroka: od kichania do machania plastikowym mieczem. Pozornie – filmy nie mają ze sobą nic wspólnego. Pozornie, bo pierwsza wspólna rzecz jest oczywista: wszystkie są śmieszne. A z psychologicznego punktu widzenia, im bardziej coś nas śmieszy, tym bardziej nam się podoba (ze spokojem można tę zasadę stosować – i zresztą stosuje się – w reklamie; tak, potwierdzam, „podobanie się” przekłada się również na reklamowany w ten sposób produkt).
Ok. To było łatwe. Ale nasuwa się kolejne pytanie: co zatem nas śmieszy? (nie będę już pytać, dlaczego, bo ugrzęznę). Spróbujmy jeszcze raz. Oglądam filmiki i co widzę?
Śmieszą nas dzieci (film nr 1 – Laughing Baby – notabene absolutny rekordzista, obejrzany ponad 45 mln razy!; nie bez znaczenia na pewno jest fakt, że dziecko się śmieje – śmiech, podobnie jak ziewanie, jest zaraźliwy) i zwierzęta (film nr 6 – Sneezing Panda – i film nr 5 – Dramatic Look Gopher – mój ulubiony :)). Śmieszy nas również to, jak ktoś się śmieje (film nr 1 – ponownie), rozdzierająco płacze (film nr 3 – Leave Britney Alone – HIT! :)), kicha (film nr 6 – ponownie) lub dziwnie patrzy (film nr 5). Śmieszy nas, jak ktoś śpiewa (dziwnym głosem w filmie nr 2 – Chocolate Rain – lub „całkiem normalnie” w filmie nr 4 – Numa Numa) lub walczy (film nr 7 – Star Wars Kid – i nr 8 – Afro Ninja).
Zapewne śmieszy nas jeszcze milion innych rzeczy. Ale patrząc na filmy poniżej, można zauważyć kolejną wspólną cechę. Wszyscy bohaterowie są w 100% naturalni. Nikt nie udaje i nikt nie gra. Każdy jest… po prostu sobą :).
Niestety, z punktu widzenia marketera tę akurat cechę (naturalność) jest najtrudniej uzyskać. Z założenia bowiem filmy marketingu wirusowego są sztuczne, nagrane według wcześniej ustalonego scenariusza. Ale przecież nic nie jest niemożliwe. Znamy przecież klika przykładów reklamowych „virali”, które odniosły sukces (WassUp Budweisera to klasyka przecież. A Cadbury Gorilla? A-ha! Nauczyli się. Dali zwierzę! :)).
Dlatego tym, którym bliski jest marketing wirusowy, gorąco polecam obejrzenie wszystkich poniższych filmików. Oczywiście ułożone według liczby wyświetleń na YouTube. Dobrej zabawy i dobrego tygodnia :).
1. Laughing Baby
Obejrzane: ponad 45 mln razy (!)
2. Chocolate Rain
Obejrzane: ponad 19,3 mln razy
3. Leave Britney Alone
Obejrzane: ponad 19 mln razy
4. Numa Numa
Obejrzane: ponad 11,5 mln razy
5. Dramatic Look Gopher
Obejrzane: prawie 11 mln razy (ten bohater występuje na YouTube pod hasłem „prairie dog” lub „gopher”)
6. Sneezing Panda
Obejrzane: ponad 10,6 mln razy
7. Star Wars Kid
Obejrzane: oryginalna wersja (poniżej) ponad 6,3 mln razy, ale na jej podstawie powstało kilka (naście?) remiksów zrobionych przez innych internautów – łącznie zostały one obejrzane ok. 10 mln razy
8. Afro Ninja
Obejrzane: ponad 2 mln razy (słabiutko :))
PS Wszystkie filmy powyżej to również dowód na to, o czym pisał Mediafun: popularności prawdziwych „virali” nie buduje się za pomocą informacji prasowych :).
subskrybuj











To ja tylko uzupełniając „przepis na virala” dodam tylko, że na końcu każdej z takich produkcji najistotniejszą rzeczą jest efekt którego oczekuje marketer/firma (wejście na stronę, wzrost zapytań w google, budowanie świadomości marki czy ostatecznie wzrost sprzedaży). Często się o tym zapomina, i tak powstaje wiele mniej lub bardziej śmiesznych produkcji, ludzie je przesyłają, oglądają miliony razy ale nie kojarzą z konkretną marką – i to niestety jest kiepski viral. Jednym z przykładów jest filmik, gdzie szyberdach obcina głowę kotkowi… film wzbudził wiele kontrowersji (przy okazji jeszcze skierował dyskusje w inną stronę), ludzie go sobie przesyłali, ale w badaniach wyszło że niewielu ludzi kojarzyło ten film z konkretną marką (chyba wspominał o tym David Balter w książe „Poczta pantoflowa…”. Specjalnie nie podawałem marki samochodu… kojarzycie jaka to była firma?
Ford Ka Evil Twin? :) Ja osobiście bardziej zapamiętałam jednak tę z gołębiem.
BTW – mam wrażenie, że „zapominanie o brandingu” to ogólnie cecha charakterystyczna dla niestandardowych działań komunikacyjnych, niestety. Marketerzy czasami „fiksują się” tak bardzo na pomyśle, że robią ambient dla samego ambientu, zapominając, że niestandardy to działanie przede wszystkim marketingowe i jako takie powinno mieć przynajmniej „jakiś” efekt.
rozmowa Państwa utwierdza mnie w opinii, ze niektore osoby owładnięte są jakąś formą obsesji maketingowej. polega to na sposobie myślenia nastawionego na bezustanne szukanie okazji do „wciskania marketingowego kitu” w każdej z możliwych form życia, nawet tam gdzie nikt nie życzy sobie waszej obecności. czy to nie kojarzy się Państwu z nachalnym, nieproszonym gościem, którego zachowanie wywołuje niechęć? ciekawi mnie taka „marketingowa mentalność”. czy mogą Państwo powiedzieć co sprawia, że tak postępujecie?
@nalewki
Witam serdecznie i cieszę się, że poruszył Pan ten temat. Ostatnio, bardzo podobną dyskusję miałam z jednym z moich prof. na AE. Podczas prezentacji, na której pokazywałam, w jakich niestandardowych/ niesamowitych miejscach można umieścić reklamę, prof. zwrócił uwagę, że takie podejście promuje konsumpcyjny styl życia i naraża człowieka na atak komunikatów, których nie chce. Ale tak naprawdę jedynie niestandardowe formy komunikacji są formą reklamy, która nam nie przeszkadza. Proszę zauważyć, że telewizję lub prasę oglądamy/ czytamy w poszukiwaniu treści informacyjnych lub rozrywkowych. W trakcie tych treści emitowana jest reklama, która nie zawsze nas interesuje (np. widzimy reklamę samochodu, a wcale nie mamy zamiaru go kupić). Niestandardowe formy komunikacji docierają do nas najczęściej, kiedy nic innego nie robimy (stoimy w korku, jedziemy tramwajem) – i w związku z tym nam nie przeszkadzają. Dodatkowo, niestandardowe formy komunikacji są kreatywne i wchodzą w interakcję z użytkownikiem. Często powodują, że użytkownik na ich widok się uśmiecha lub mają one dla niego taką wartość, że użytkownik SAM przesyła je dalej – swoim znajomym/ bliskim.
Myślenie marketingowe jest więc dla mnie właśnie takim sposobem poszukiwania miejsc i sytuacji, w których mogłabym zamieścić komunikat dotyczący mojego produktu – ale tak, by użytkownik-konsument nie poczuł się “molestowany”.
Pozdrawiam serdecznie, Natalia
Hej! Witam serdecznie :-)
Ja z kolei chcialabym poruszyć jeszcze inny aspekt popularnych dzis „virali” (i nie tylko). Wspomniany tu: „WassUp” Budweisera… czy wiecie, że podczas tej kampanii udział w rynku tegoż trunku w USA spadł o 1.5 – 2.5 %, a sprzedaż aż o 8.3% (był to największy spadek obrotów, które firma zarejestrowała od 1994 rok)? Zatem, co tak naprawdę marketingowcy mają na mysli mówiąc o sukcesie virala (czy innych działań marketingowych)? Czy to nie jest tak, że popadamy w samozachwyt z powodu, powiedzmy, nietuzinkowego pomysłu, … czy jak w tym przypadku „milionowej” ogladalnosci w necie? Niedaleko by szukać polskiego przykładu: reklam Plusa i kabaretu „Mumio”. Ja sama uwielbiałam zarowno WassUp Budweisera, jak i kabaret „Mumio” – nie mniej jednak ogladałam je dla samej przyjemności ogladania. Sztuka, dla sztuki … Czy o to w marketingu chodzi? Czy czasami my marketingowcy nie zapominamy, co jest naszymm celem? Chetnie usłyszę Wasze zdanie na ten temat ;-)
Ela – nie wiedziałam, że w trakcie kampanii WassUp spadła sprzedaż Budweisera. Hm. To ciekawe. Być może były też inne czynniki, które wpłynęły na kiepski wynik sprzedażowy (w przypadku piwa – wystarczy czasem tak „prozaiczny” czynnik, jak np. brzydka pogoda i sprzedaż „leci”).
Jeżeli chodzi o niestandardowe formy komunikacji marketingowej to z mierzeniem ich skuteczności jest ogólnie większy problem. Nie do końca w ogóle wierzę, że tego typu działania reklamowe mają bezpośrednie przełożenie na sprzedaż. Oznaczałoby to bowiem, że spełniają one głównie cele krótkoterminowe. A moim zdaniem niestandardowe działania reklamowe spełniają przede wszystkim cele długoterminowe, czyli np. służą budowaniu świadomości marki. To z kolei wpisuje się w tzw. zasadę „mere exposure” Zajonca. Chodzi w niej o to, że im częściej widzimy/ słyszymy daną nazwę marki, tym bardziej tę markę lubimy. BTW: zasada mere exposure to najlepiej chyba udowodniona zasada w marketingu; wynika z niej m.in. to, że marki, które mają wyższą świadomość wśród konkretnej grupy docelowej, są także lepiej oceniane – mimo że obiektywnie mogą być np. gorsze jakościowo – niż marki, których świadomość wśród TG jest niższa. Z kolei to, co jest lepiej oceniane jest też częściej wybierane, i koło się zamyka tyle że w dłuższym okresie.
Dlatego ja osobiście bardziej wierzę w cele długo- niż krótkoterminowe, choć te ostatnie są na pewno bardzo przyjemne, bo od razu widzimy, jaki efekt przyniosły nasze działania i jak efektywnie został „skonsumowany” marketingowy budżet :).